Reżyser
Łukasz Jurkiewicz: Maturę robiłeś jeszcze w PRL-u, ile ty masz własciwie lat?
Paweł Bogocz: 150.
ŁJ: OK. Jak wspominasz lata 80 –te, tak od strony działalności artystycznej. Kultowy kwartalnik „Brulion” rozpisywał się o twojej kapeli, mieliście też przychylne recenzje w Stanach, w Zach. Europie...
PB: Pochodzę z Jastrzębia Zdroju, to nieduże miasto, tak trochę na uboczu, ale w latach 80-tych było b. silnym ośrodkiem opozycyjnej myśli politycznej. W powietrzu czuło się desperację, czuło się zmiany. W takiej atmosferze łatwiej przyswaja się Ginsberga, czy Bakunina. Krew na izbie przyjęć Szpitala Górniczego, odwołana operacja brata który musiał ustąpić łóżka rannym z KWK Manifest Lipcowy, przypadkowe aresztowanie ojca... Stan wojenny w Jastrzębiu dla mnie jako dziecka był naprawdę traumatycznym doświadczeniem. Jak się później okazało nie mniejszym był dla Filipa – współleadera grupy, którego ojciec był dowódcą lokalnej jednostki LWP. W takim klimacie łatwo łamać schematy, a sztuka dla mnie to nic innego jak mentalna anarchia.
ŁJ: Zaraz po przewrocie w Polsce wyjechałeś do USA
PB: Z różnych powodów po drugiej płycie rozpadła się nasza kapela. Postanowiłem realizować się jako fotografik. Wyjechałem do Nowego Jorku, gdzie dosyć szybko zorganizowałem pierwszą wystawę w prestiżowej galerii „A Center” na East Village. Zacząłem pracować dla „Love&Rag”, bardzo zacnej libertariańskiej gazety, a miasto, jak to Nowy Jork – potrafi zassać bez reszty...
ŁJ: Po paru miesiącach wróciłeś...
PB: Kiedy dzwoniłem do kraju, moja dziewczyna ciągle powtarzała, że wszystko w Polsce się zmieniło, że wolność, że perspektywy, no biała kartka do zapisania właśnie przez nas... Widząc milicjanta nie przechodzi się już na drugą stronę ulicy i tak dalej... Pochodzę z rodziny o silnych tradycjach patriotycznych i choć dobrze się czułem za oceanem – wróciłem do kraju. Skończyłem studia, znalazłem sobie zajęcie. Zmiany w kraju teoretycznie były tym o co walczyłem. Pamiętam, że w akademiku mówiliśmy sobie, że to dla nas taka właśnie Polska.
ŁJ: Żałujesz powrotu?
PB: Absolutnie nie, głównie z powodów rodzinnych, mam tu rodziców, brata, tu urodziły się moje dzieci. Nawet w dobie globalizacji muszę przyznać, że Nowy Jork jest dosyć daleko... Stany kraj sympatyczny, ale tu jestem u siebie.
ŁJ: W tak kosmopolitycznym kraju, tak kosmopolitycznym mieście wszyscy chyba czują się u siebie.
PB: Jako koleżka z polskim dyplomem magistra dziennikarstwa mógłbym mieć tam problem z utrzymaniem rodziny, a tu jakoś sobie daję radę. Tam jest olbrzymia, wyniszczająca konkurencja. W samym tylko Nowym Jorku mieszka 100 tys. fotografików i np. 50 tys. gitarzystów. Wróciłem do Polski z walizką płyt i znajomością z Allanem Ginsbergiem. Mój american dream się spełnił... Poza tym nie posługuję się angielskim tak sprawnie jak polskim, wiem, wiem, Nabokov i te sprawy, ale robię w słowie i opisywanie życia ludzi tutaj w Polsce w języku polskim to jest coś co od 10 lat zawodowo kręci mnie najbardziej...
ŁJ: Reżyserowany przez Ciebie film dokumentalny o Stachurskim wszedł właśnie na rynek.
PB: Tak, i ponoć nieźle się sprzedaje. Na razie jest tylko wersja na VHS, ale za kilka tygodni będzie też DVD.
ŁJ: To już któryś z kolei projekt z tym wykonawcą.
PB: Tak, zrobiłem też dla Jacka kilka teledysków, okładek płytowych, jakieś sesje zdjęciowe. Wspomagałem go też od strony, powiedzmy to, public relations...
ŁJ: Co to za człowiek?
PB: No, jego twórczość jest mocno odległa od Coltrane a, czy moich ukochanych The Residents, ale trzeba przyznać, że koles bardzo wcześnie wstaje i bardzo późno kładzie się spać. Ja też taki jestem, więc jakoś znaleźlismy wspólny język. Przyszło nam to o tyle łatwiej, że poznaliśmy się bardzo, bardzo dawno temu, bodaj w podstawówce grając w tym samym klubie siatkarskim GKS Jastrzębie (obecnie I liga!).
ŁJ: Czy jesteś też związany z jakimiś innymi wykonawcami.
PB: Jestem związany z każdym z kim pracuję, czy też pracowałem. Robiłem klipy dla Big Cyca, IZRAELA, Siedem, Moonlight, Pogodno, grupy SAMI i dla wielu innych. Każdy z kim pracowałem sprawił mi mnóstwo satysfakcji, bo ja w ogóle mam dużo frajdy ze swojej roboty. Często pracuję z muzykami i bardzo to lubię. Myślę, że muzyka ciągle jest dla mnie podstawowym źródłem inspiracji.
ŁJ: Czy reżyser to dobry fach?
PB: Ha, ha, ha, chyba nie. Pan redaktor z telewizji to jest gość, ludzie wiedzą mniej więcej co to za robota. Reżyser nie kojarzy się już tak wyraźnie. Ogólnie moi koledzy po fachu raczej mnie dołują. Pracę mają nieliczne, często wcale nie najzdolniejsze jednostki a reszta szarpie się i miota w poszukiwaniu kasy na film. Jak już się uda zrobić ten film, to często nawet z przyczyn niezależnych okazuje się on gniotem co tylko potęguje flustrację ustawowo przewrażliwionych artystów. W Polsce, kraju największej grupy dewiantów w Europie wolne zawody wykonują w większości na wpół przytomni desperaci. Myślę, że stąd właśnie bierze się tak liczna w środowisku grupa pacjentów zakładów psychiatrycznych, czy też ośrodków odwykowych.
ŁJ: Jakie jest środowisko filmowców na Śląsku?
PB: Myślę, że najbardziej twórcze w kraju. Może to wpływ szkoły filmowej, może jeszcze czegoś innego, ale artystycznie najciekawsze działania w branży jakoś zawsze wywodzą się właśnie stąd. Niestety nie jest to środowisko zbyt mocno dostrzegane i próbując temu zaradzić założyłem z grupą przyjaciół stowarzyszenie filmowców Silesia Fabrika, którego honorowym prezesem został Kazimierz Kutz. Jest to dla nas ogromna szansa, rodzaj samopomocy, która umożliwi nam funkcjonowanie w zawodzie i jednocześnie życie w ukochanym kawałku Polski. Na dzień dzisiejszy pracuje głównie w Krakowie, gdzie związany jestem ze studiem filmowym L&L. To bardzo progresywne przedsięwzięcie - w ubiegłym roku powstały w ramach studia dwie niezależne od państwowych finansów produkcje fabularne. Co ciekawe prawie cała ekipa krakowskiego studia to Ślązacy, także i właściciele są z moich stron - przyznaj sam, że to lekka paranoja...
ŁJ: No dobra, ale powiedz, nie tęsknisz czasem za słodkim dobrobytem PRL-u?
PB: Demokracja w tak biednym kraju, kraju przetrzebionym wojną i wieloletnią suwerennością musiała narodzić się równolegle z totalnym zezwierzęceniem obyczajów i relacji międzyludzkich. Zauważ jednak, że kapitalizm to może i darwinowska, ale jednak logika, przewidywalność, a bez tego żyć się nie da. Jest mi przykro kiedy widzę na swojej ulicy kolejkę do śmietnika, czy np. znudzonych, wałęsających się bez sensu młodych ludzi, narkotykowych dilerów i ich konsumentów. Jest mi przykro tym bardziej, że pamiętam swoje zajęcia z siatkówki, fotograficzną ciemnię w domu kultury, modelarnię i religię w salce katechetycznej. Jakoś bezpieczniej się żyło, a jednocześnie było to tylko złudzenie normalności. Artyści to bardzo niecierpliwy ludek, ja też, chciałbym żeby już wreszcie było normalnie - tak jak głoszą wszystkie hasła wyborcze, ale nie ma rady – musimy odczekać aż zabliźnią się rany. Zabliźnią się, co do tego nie mam wątpliwości.
A twoja najbliższa przyszłość?
PB: W tej materii czuję jeszcze większą dawkę optymizmu, mam zamiar robić dokładnie to co robię, czyli filmy o ludziach, którym się układa, nie bez przeszkód, ale którzy jak to się mówi dają radę. Chciałbym opowiadać historie wyłącznie z dobrym zakończeniem. Takie podejście do sprawy widziałem w Ameryce i dobrze im to robi...Co prawda powoli ubywa anten, na których można zobaczyć optymistyczne opowieści, ale nie pękam... Chcę się też wreszcie zabrać za swój debiut fabularny i... i nic więcej nie powiem. Trzymajcie ludzie kciuki za optymistyczne, filmowe zakończenia.
Miesięcznik społeczno-kulturalny „EXIT” (maj 2002)
Rozmawiał Łukasz Jurkiewicz