Reżyser
Brzmienie nazwiska wskazywałoby na typowo śląskie pochodzenie i niezłą sytuację materialną.
- No cóż, moja babcia pochodziła z terenów dzisiejszej Ukrainy. w 1918 roku uciekała z rodziną przed bolszewikami na Zachód. Jako rodzina o olbrzymich patriotycznych tradycjach przybyli na Śląsk, zaraz po powstaniu Księstwa Cieszyńskiego. Tutaj babcia poznała zacnego mieszczucha z Frysztatu o równie zacnym znaczeniu nazwiska. Moja rodzina, z nielicznymi wyjątkami, w całości mieszka dziś na terenie Zaolzia. Ludzie o nazwisku Żebrok, mieszkali dokładnie w takim samym domu jak moi dziadkowie...
- Dlaczego wybrał pan właśnie reżyserowanie wideoklipów jako drogę ekspresji twórczej?
- Choć co prawda jestem dziennikarzem telewizyjnym, to tak mi się życie poukładało, że mój chleb to film. Myślę, że od 30 lat w języku filmu nie pojawiło się nic istotniejszego od MTV - to pierwszy i najważniejszy powód, dla jakiego zainteresowałem się tą formą. Traktuję teledysk jako swoiste przejście ze świata muzyki do świata filmu. Skrótowość, umowność, duża, znacznie większa niż w reklamie wolność i niezależność artystyczna. Jednocześnie jestem reżyserem, scenarzystą i producentem tych form, często tworzę do nich aranżacje plastyczne, bywam autorem zdjęć - moje teledyski noszą więc znamiona prac o ściśle autorskim charakterze - to też nie jest dla mnie bez znaczenia... Teledyski robili najwięksi - Steven Spielberg, Francis Ford Coppola... Generalnie wszyscy kumple z podwórka bardzo mi zazdroszczą (śmiech).
Jak każdy szeregowiec noszę oczywiście buławę w tornistrze i planuję realizację większych form filmowych, na dzień dzisiejszy cieszą mnie jednak przede wszystkim klipy. Dzięki temu mam to szczęście codziennego obcowania z muzyką. Muzyka to dla mnie w dalszym ciągu podstawowe źródło inspiracji. Co tu ukrywać: początkiem każdego mojego teledysku jest... muzyka.
- Jaki ma pan przepis na udany klip? Reżyserował pan przecież tak różne stylistycznie piosenki?
- Słyszałem taką żartobliwą opinię, że Bogocz nie robi klipów ładnych, tylko skuteczne - bo ludzie o nich mówią... Coś w tym może jest - moim ulubionym przedmiotem na studiach dziennikarskich była "Propaganda". Mam czasem wrażenie, że to słowo jest kluczem do moich sukcesów w dziedzinie wideoklipów. Ta maleńka 3-4 minutowa forma musi być promocją nie tylko piosenki, ale także płyty, trasy koncertowej, czy po prostu danego wykonawcy, idei, myśli, która za nim stoi - trzeba to wyeksponować nie sobie, tylko widzom. Zrozumienie tej prostej prawdy, to początek drogi do fajnego klipu. Każde działanie w kierunku rozpychania swego ego kończy się źle. Teledysk, jak każda forma filmowa, jest pracą grupową.
- Czy pamięta pan swój pierwszy zrealizowany wideoklip?
- Poezja śpiewana - Andrzej e-mol Kowalczyk. Za kamerą rówieśnik mojego ojca, pan Marek Uhma... Wymyśliłem jedno ujęcie - Andrzej w planie amerykańskim statycznie na środku kadru, po bokach przez cały utwór opływa go tłum ludzi. Taki klip - jedno ujęcie, popularnie zwane master shotem... Ustawiliśmy się 1 maja 1997 roku na ul. Korfantego, w samym środku Katowic, opływający artystę tłum statystów miał być z manifestacji... Ukryliśmy słuchawki z playbackiem we włosach Andrzeja... Zaczynamy master szota... Czekamy na statystów... Zza zakrętu wyszła demonstracja pierwszomajowa z wielkim transparentem w rękach, niesionym przez pierwszy szereg. Nie było szans, żeby opływali Andrzeja - zawinąłby się w materię transparentu... w końcu zrobiliśmy ten klip wewnątrz demonstracji, tyle że pod Skrzydłami Powstańczymi. Zostaliśmy tam oskarżeni przez policję za próbę rzekomego samopodpalenia... Powstał bardzo skromny, czarno-biały, dość mocny materiał. Połknąłem bakcyla...
- Zrealizowane przez pana DVD Püdelsów pt. Wolność słowa zyskało status pierwszej polskiej Złotej Płyty DVD. w czym tkwi tajemnica sukcesu tego projektu?
- To pierwszy taki polski projekt, który można zobaczyć wyłącznie na płycie DVD. Premiera 80 proc. materiału filmowego, także archiwalia - nigdy wcześniej nie były i raczej nie będą w innej formie prezentowane. Od razu kombinowaliśmy też tak, żeby to było maksymalnie interaktywne i proste w obsłudze.
Cały projekt był dobrze przemyślany i przegadany, od początku wierzyłem w sukces. Nie mogło być inaczej, powstał w końcu za pożyczone, prywatne pieniądze, także moje (śmiech). Myślę, że ten sukces (mam tu na myśli stronę ekonomiczną) może być w naszym kraju pewnym drogowskazem. Polski projekt, dla polskiej publiczności, w którym zarabia się nie na produkcji, lecz jak w każdym cywilizowanym kraju - na dystrybucji.
- "Zarabianie na produkcji"... Dosyć surowo ocenia pan sposób działania naszej kinematografii.
- Mnie po prostu przeraża model finansowania kinematografii w naszym kraju, to, że synonimem brudu jest producent filmowy ze świecznika plus broniący go sygnatariusze listu do prezydenta, też filmowcy zresztą... Od lat w majestacie prawa wyrywa się u nas kasę z publicznego źródła, a w filmie - jak mało gdzie - można tę kasę uprać. Tak powstają polskie superprodukcje oraz polskie produkcje bez "super", a nawet sieczka telewizyjna - pranie kasy przez telewizyjne holdingi, przez studia postprodukcyjne "na zapleczu". Jak już nie da się pod swoim nazwiskiem - bierze się opiekę artystyczną, wpuszcza wygłodzone mięso armatnie i tak to się tu w Polsce kręci. Brzydzę się takim biznesem. Chcę robić takie projekty, na które zagłosuje publiczność. Kasą za płytę w sklepie, za bilet w kinie. w Wielkiej Brytanii państwo nie finansuje produkcji filmowej w sposób bezpośredni - nie ma jak przekręcić kasy - dorobili się więc wyspiarze najlepszej kinematografii w Europie... Wierzę, że w Polsce to też będzie możliwe.
Zobaczyłem trochę naszego tzw. kina offowego, bardzo jeszcze przaśnie i amatorsko robionego, ale duch jest! Potwierdzeniem niezależnej drogi jest też bez wątpienia sukces artystyczny filmu Dzieci z Leningradzkiego mojego przyjaciela - Andrzeja Celińskiego. Chłop zadebiutował po czterdziestce, i to filmem zrealizowanym za własne, skromne pieniądze. Mało kto wie, jak niewiele brakowało do Oscara... Naprawdę bardzo budujący przykład.
- Pojawiły się unijne programy wspierania produkcji filmowej. Czy to oznacza więcej lepszych polskich filmów?
- Nie znam żadnego konkretnego przykładu dofinansowania polskiego projektu filmowego z unijnej kasy. Słyszałem, że Małgosię Szumowską dofinansowuje Fundacja Wspierania Filmu z Westfalii-Nadreni. Dokumenty, wnioski z programu Media Desk - stricte unijnego, są skomplikowane i złożono ich, jak sądzę, miliony. Boję się takiej sytuacji, jaka spotyka łodzie na południowych morzach: niewidoczna dla oka - zanurzona pod wodą część kadłuba obrasta glonami, wodorostami do takiego stopnia, że łódź zatrzymuje się w miejscu pomimo wiatru w żaglach... Coś tam moi koledzy z pionu produkcyjnego próbują w tych unijnych funduszach szukać - ja robię klipy... Dużo klipów....
- w internecie można znaleźć informację, że jest pan realizatorem 10 procent polskiej produkcji teledysków.
- Realizuję około 20 projektów rocznie, co roku - plus-minus - 200 prac z całego kraju przesyłanych jest na Międzynarodowy Festiwal Wideoklipów Yach Film do Gdańska. To oczywiście sytuacja związana z ilością tytułów, a nie budżetem, oczywiście... Pracuję nie tylko z dużymi wydawnictwami, cieszy mnie także współpraca z niezależnymi wytwórniami, czasem zwracają się do mnie bezpośrednio sami artyści. Uwielbiam pracować z muzykami, kocham muzyków, bo to dzięki nim mam pracę. Dzięki klipom cały czas mam też kontakt z publicznością, bardzo to sobie cenię...
- Jest pan jednym z założycieli objętego patronatem senatorów Krystyny Doktorowicz i Kazimierza Kutza Stowarzyszenia Filmowców Silesia Fabrika, które miało służyć wsparciem młodym twórcom ze Śląska. Na ile udało się spełnić te zamierzenia?
- Zadaniem stowarzyszenia było ratowanie przed rozsypką zespołu Studia Form Telewizyjnych, jakie przez parę lat istniało przy lokalnym ośrodku TVP w Katowicach. Był moment, że współtworzyłem ten zespół - nosiłem za nimi kable i robiłem herbatę. Niestety, tak samo wtedy, jak i dzisiaj - jestem od nich wszystkich młodszy o 10-15 lat, i proszę mi wierzyć - trudno mi zabierać głos za tę grupę.
Pozwolę sobie tylko zauważyć, że jedynie Jola Ptaszyńska ma w tym towarzystwie wystarczającą charyzmę i plan na grupę, reszta to techniczni (śmiech)... Jest, co prawda program na antenie regionalnej TV 3 sygnowany logo Stowarzyszenia, jest tam nawet nazwisko naszego kolegi, który wziął za to wszystko odpowiedzialność. Ze zgrozą zauważam, że po obejrzeniu dwóch pierwszych odcinków tego programu wyniosłem telewizor do piwnicy. Potem było ponoć lepiej, ale już tego nie sprawdzałem.
Stowarzyszenie stało się dziś czymś w rodzaju forum dyskusyjnego, choć jak wszyscy pamiętają, powstało po to, by ratować autsajderów. Największy autsajder tej grupy, Paweł Bogocz, pomógł sobie sam, bez udziału kogokolwiek ze stowarzyszenia. Myślę, że trochę to smutne, a trochę to tak w tym biznesie już musi być. Nie ma miejsca na sentymenty, zwłaszcza "z technicznymi" (śmiech).
- Jest pan twórcą wciąż poszukującym nowych form i tematów. Czy może pan zdradzić, co ciekawego ma pan obecnie na warsztacie?
- Aktualnie pracuję nad dwoma teledyskami, pierwszy z nich to Suknia Tadeusza Nalepy w wykonaniu HOMOTWIST, a drugi to Vivace Leszka Możdżera z Orkiestrą Marka Mosia "Aukso" do muzyki Henryka Mikołaja Góreckiego. Jestem też w trakcie realizacji dwóch filmów dokumentalnych, jeden poświęcony jest Maciejowi Maleńczukowi - ukaże się na DVD, drugi dokument to Tramwaje Górnego Śląska i Zagłębia - zabawna dykteryjka na temat uroku kawałka świata, gdzie przyszło mi żyć. Pragnę w tym roku uruchomić też krótkometrażową czarno-białą, skromną, debiutancką fabułę. Jest to moja adaptacja tekstu Sartre'a pt. Mur. Wstrząsająca historia trzech więźniów czekających w celi na świt, kiedy to nastąpi ich rozstrzelanie. Rzecz się dzieje podczas wojny domowej w Hiszpanii tuż przed wybuchem II wojny światowej. Będzie to koprodukcja polsko-austriacko-niemiecka. Zdjęcia latem w całości planuję na terenie naszego regionu. Trochę jestem wystraszony klasyczną, celuloidową technologią, ale co tam, trzeba cisnąć. Planuję też realizację poetyckiej impresji filmowej na temat Śląska dla potrzeb promocji naszego regionu w UE. Chciałbym też doprowadzić w tym roku do wydania albumu z wszystkimi moimi pracami. Na płycie znalazłyby się nie tylko teledyski, ale także fotosy z poszczególnych planów zdjęciowych, rozmowy, wywiady, sporo ciekawej fotografii. Jak pani widzi, roboty trochę jest... Tam zaś, gdzie robota, tam szczęśliwi ludzie. Ostatnio przychodzą coraz częściej propozycje z zagranicy: Austria, Niemcy... Pożyjemy, zobaczymy.
Rozmawiała: Bożena Perska